PIÓRKO

Historia, którą chcę Wam opowiedzieć jest prawdziwa, choć nierzeczywista. W swoim życiu miałam dużo psów, ale Lord, wspaniały sznaucer olbrzym, był psem wyjątkowym. I to nie jest tylko moje zdanie, wiedzieli o tym wszyscy, którzy go poznali. A Lord miał wielu przyjaciół wśród ludzi i mnóstwo kumpli wśród swojego gatunku. Przeżyliśmy wspólnie wiele pięknych i wzruszających chwil.

Lord wspaniale rozróżniał nasze nastroje, cieszył się z nami i cierpiał z nami. Kiedy chorował ktoś z naszej trójki czuwał pod drzwiami pokoju, kiedy działo się coś ważnego zawsze był blisko. Czuliśmy się z nim związani w jakiś niesamowity sposób, pilnował nas, czuwał nad nami. Niezwykłe opanowanie, duma i powaga jego ślepi powodowała, że wszyscy mówili o nim – wspaniały, mądry pies. Czas uciekał jednak nieubłaganie. Lord skończył 10 lat i zaczął podupadać na zdrowiu. Mimo naszej troski czuł się coraz gorzej. Coraz częściej leżał na swoim legowisku, chodzenie zaczęło mu sprawiać ból, stał się bardzo smutny i jakiś taki zrezygnowany. Wówczas postanowiliśmy wziąć do domu drugiego psa. Przyznaję, że na początku robiliśmy to z czystego egoizmu, czując bliski koniec naszego przyjaciela, chcieliśmy zapewne wypełnić sobie tą pustkę, która by po nim została. Wtedy jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak mały Maximus odmieni los swojego „starszego brata”. Pojawienie się w domu nowego lokatora Lord zniósł spokojnie, choć nie od razu go polubił. Trzeba jednak przyznać, że maluch robił wszystko, żeby zaskarbić sobie jego względy. Szybko stało się jasne, że Lord był dla niego przewodnikiem stada, wzorem i nauczycielem. Myślę, że to całkowite oddanie ze strony szczeniaka stopiło ostatnie lody. Rozpoczęła się wspaniała przyjaźń obu naszych sznaucerów, która budziła powszechny podziw wszystkich, a w naszych sercach pozostawiła trwały ślad. Wielu ludzi krytykowało nasze postępowanie mówiąc, że nie pozwalamy Lordowi odejść z godnością i narażamy go na strach i żal, że nie jest już najważniejszy. Ale pewien mądry człowiek powiedział mi – Max podaruje mu kilka lat życia, bo czy widziała pani kiedyś dziadka, który chce odejść, kiedy na świecie pojawia się wnuczek? Te słowa okazały się prorocze. Lord zaczął chodzić, a nawet biegać i choć już kulał do końca życia to jego oczy znowu zaczęły błyszczeć, życie nabrało sensu, miał się kim zajmować nigdy nie był sam. Śmialiśmy się, że Max jest jego oczami i uszami. Prowokował do zabawy, obserwował Lorda i uczył się bardzo szybko, a kiedy przychodziły gorsze dni kładł się przy nim, ogrzewał mu grzbiet i łapy, które już odmawiały posłuszeństwa. Mówiliśmy o nich – nasze chłopaki. Maximus podarował Lordowi 2 lata. Kiedy Lord musiał już odejść, byliśmy pewni, że opuszcza nas szczęśliwszy. Odszedł pewnej kwietniowej nocy, spokojnie, w domu, z głową na kolanach swojego ukochanego Pana. Nastały dla nas trudne dni. Chyba żadne z nas nie spodziewało się, że będzie nam aż tak ciężko pogodzić się z jego stratą. Max bardzo spoważniał, stał się dorosłym psem, jest bardzo kochany, choć zupełnie inny od swojego „ starszego brata”. Chodzimy na spacery na tą samą górkę. Przez wiele tygodni, kiedy wychodziłam z nim sama, słyszałam na asfalcie stukot kulejących łap mojego Lorda. Widziałam jego wspaniały ogromny łeb w wysokich trawach. Ale kiedy wracałam w stronę domu on zostawał tam, na drodze, na swoich ukochanych górkach i tak musiało być. Nastała smutna jesień Nasza córka skończyła studia, wyjechała na granicę, oboje z mężem zostaliśmy z Maksimusem sami. Prowadziliśmy jednak dwa życia, dzieląc z córką jej problemy, radości, wątpliwości i doświadczenia z nowego, dorosłego życia w dalekim kraju. Codzienność stawiała Agnieszkę przed różnymi wyborami i decyzjami, szukała wtedy naszej pomocy. Kiedy pojawił się pierwszy poważny problem, który wspólnie przeżywaliśmy, podczas spaceru z Maximusem, znalazłam pierwsze PIÓRKO. Po prostu leżało na środku ścieżki, małe, kolorowe. Schyliłam się po nie, podniosłam i obracałam w palcach. Ależ tak, byłam pewna, że nagły pomysł rozwiąże problem mojej córki, że muszę jej jak najszybciej powiedzieć o tym, co właśnie wpadło mi do głowy. Po chwili byłam już przy telefonie i składnie podsuwałam rozwiązania. Nagle wszystko stało się jasne i proste. Oczywiście w konsekwencji wszystko się ułożyło bardzo pomyślnie. Pewnego miesiąca Agnieszka dostała kilka propozycji pracy. Decyzja była bardzo trudna, każda oferta miała swoje wady i zalety. W końcu, choć bez przekonania zdecydowała się na jedną z nich. Późnym popołudniem Max wyciągnął mnie na spacer. Wtedy dostałam drugie PIÓRKO. Jak widzicie nie piszę już, że znalazłam, bo jestem przekonana, że nie było to przypadkowe. Leżało dokładnie w tym samym miejscu. Kiedy je podnosiłam wysokie trawy zakołysały się, a może mi się tylko tak wydawało… Wtedy przyszła mi do głowy myśl, że córka nie powinna przyjmować tej pracy. W tej, z pozoru atrakcyjnej ofercie, nagle dostrzegłam kilka niejasności, budzących mój niepokój. Biegiem wróciłam do domu. Po długiej rozmowie dziwiliśmy się jak mogliśmy wszyscy nie zauważyć wcześniej takich nieścisłości. W wyniku dalszych działań okazało się, że mogła zostać poważnie oszukana. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, co mi się przydarzyło. Piórka schowałam do kieszeni, ale nikomu nie opowiedziałam o tym zdarzeniu, przyznaję bałam się trochę śmieszności. Codziennie szukałam na ścieżce nowych piórek, ale już ich nie było. Kiedy powoli przestawałam myśleć o tej całej historii, otrzymałam kolejną „wiadomość”. Agnieszka dostała zaproszenie na kilkudniowe konsultacje które mogły zakończyć się podpisaniem ewentualnego kontraktu. Niecierpliwie czekaliśmy na telefon z wiadomościami. Tego popołudnia Max był wyjątkowo niespokojny. Poszliśmy na spacer w trójkę, razem z mężem. Na środku ścieżki leżało PIÓRKO. Wtedy zdecydowałam się opowiedzieć mężowi wszystkie poprzednie zdarzenia. Najpierw popatrzył na mnie jakoś tak wydawało mi się z niedowierzaniem, a potem powiedział tylko – wracajmy szybko, Agnieszka zaraz będzie dzwonić. Szybkim krokiem wracaliśmy do domu w milczeniu. Na zakręcie odwróciłam się i możecie wierzyć lub nie, ale ja daję sobie głowę uciąć, że wysokie trawy znów się poruszały. A wiatru nie było o nie, dzień był wyjątkowo cichy i pogodny. Kontrakt okazał się bardzo korzystny, nasza córka rozpoczęła ciekawą, dobrze płatną pracę. Została w słonecznej Italii i wszystko układa się pomyślnie. Za kilka dni jedziemy do niej z kolejną wizytą. Nie znajduję już kolorowych piórek na drodze, ale czuję, że kiedy będzie czas otrzymam swoją kolejną wiadomość. Aha, piórka zatknęłam za kolorową fotografię Lorda na ścianie w kuchni. Może to bez sensu, ale ja cały czas widzę jego grzywę i szelmowskie oczy w tej wysokiej trawie.

Sierpień 2005

Opowiadanie ukazało się w zbiorze „Miłość i ból”

Komentarze:
karinka pisze:

Przywitanie
:(

Lidka pisze:

Piórko
Niesamowita historia, czytał‚am z wielkim zainteresowaniem co się™ stanie później, i był‚am mile zaskoczona. POZDRAWIAM i mam nadzieję™, że ukarze się™ więcej Twoich opowiadań

nikola pisze:

wiersz o patrycji
:D

Ribbon Maker