“Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś.

Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.”

Mark Twain

                                                                                                                                                                                                            Opowieść z dedykacją dla Karoliny O.

 

CAMPAGNA 2015

Kiedy wiele lat temu Agnieszka podzieliła się ze mną swoją miłością do Italii, zabrała mnie na Costiera Amalfitana, a potem na Capri, kiedy zobaczyłam Positano, kiedy poznałam wspaniałego Roberto, myślałam tylko o tym, aby wrócić tam kiedyś z Wojtkiem.
I oczywiście wróciłam pewnej słonecznej wiosny!
O tej niezapomnianej wyprawie i o Roberto ciut wam teraz opowiem!

 
ANDIAMO!

W tą podróż zostaliśmy wyprawieni  trochę niczym para emerytów, która może pomylić drogę, zgubić się na pierwszym skrzyżowaniu, zostawić bagaż, spóźnić się na pociąg, zapomnieć skasować bilet.
Jak się okazało, parę z tych rzeczy nam się właściwie przytrafiło, ale kiedy ruszaliśmy na podbój Campagnii nawet nam to nie przyszło do głowy. Dlatego z przymrużeniem oka, niestety całkiem niesłusznie,  potraktowaliśmy pracę, jaką włożyła Agnieszka w przygotowanie nas do tej wyprawy. 
Rozkłady jazdy pociągów, autobusów, promów, godziny, plany, informacje. Ja miałam dodatkowo wspaniałe wspomnienia z pewnego upalnego lipca, kiedy to przeżyłam z Agnieszką niesamowitą przygodę pomiędzy Neapolem, Salerno, Positano i Capri.

W Rzymie nie zginęliśmy (w końcu bywało się tam kilka razy)i cudownie było znów przejść się po moim ulubionym Piazza Navona. Na rzymskim Termini udało nam się kupić w automacie bilet do Salerno, ale o skasowaniu go na peronie (we Włoszech bilety kasuje się na peronie, przed wejściem do pociągu)oczywiście zapomnieliśmy. Podróż minęła nam wybornie. Agnieszka nie do końca jednak wierzyła w naszą zaradność i w Salerno czekała na nas niespodzianka. Kiedy wyszliśmy z budynku dworca, z impetem zajechał po nas pewien przystojniak w śmiesznym samochodziku. Roberto! Agnieszki przyjaciel ( i troszeczkę mój), super facet, no po prostu Italiano vero!

Polecamy

To pod gościnnym dachem Roberto,  w Piccolo Principe B&B Salerno, mieliśmy spędzić najbliższy tydzień. Roberto dbał o nas, pomagał i dopieszczał włoskimi przysmakami, przygotowywanymi przez jego mamę! Serdecznie polecamy! Wspaniały gospodarz, wspaniałe miejsce, świetna baza wypadowa do zwiedzania Campagnii.
Grazie Roberto!

https://www.facebook.com/piccoloprincipesalerno/

 

 

Romantyczne nazwy, piękne widoki, ale przede wszystkim CYTRYNY! Cudowne, pachnące, obsypane żółtymi owocami drzewa cytrynowe od zawsze mnie zachwycają. I choć piękne cytryny, pomarańcze, mandarynki, rosną także w Grecji, w Turcji, czy w Andaluzji, to ich zapach zawsze przywołuje we mnie wspomnienie słonecznej Italii właśnie. Na Costiera Amalfitana cytryny są ogromne i wszechobecne. No i z nich przecież powstaje jeden z najwspanialszych trunków ( według mnie), oczywiście mowa tu o limoncello!

                                                                       

 
VIETRI

Na pierwszą wycieczkę wybraliśmy się  do uroczego Vietri sul Mare , królestwa ceramiki, której motywem przewodnim oczywiście są cytryny. Kiedy wsiedliśmy do podmiejskiego autobusu, mieliśmy wrażenie, że wszyscy się znają i jesteśmy jedynymi „obcymi”. Po kilku minutach i wielu pytaniach ( nie wszystkie zrozumieliśmy) zrobiło się tak przyjemnie, że kiedy wysiadaliśmy, pól autobusu machało nam na pożegnanie.

 
CAPRI

W dniu imienin Wojtka, pierwszym porannym promem, wyruszyliśmy na Capri.

Rozbudzające wyobraźnię, elitarne Capri, wyłaniało się z porannej mgły niczym tajemniczy ląd.

Sama podróż na Capri jest ekscytująca, bowiem prom płynie wzdłuż wybrzeża amalfitańskiego, co pozwala podziwiać obłędne widoki. Po drodze prom zawija również do Positano. Widok miasta od strony morza robi ogromne wrażenie.

Na Capri przypomniałam sobie miłe chwile spędzone tu z Agnieszką i niesamowity, nigdzie potem nie spotkany smak soku wyciskanego ze świeżych pomarańczy. Wojtek był zachwycony wyspą. I sokiem też, a mogliśmy go popróbować w tym samym miejscu co prawie 10 lat temu i smakował tak samo wspaniale! Cały dzień włóczyliśmy się po wyspie i ostatnim promem, już o zmroku, wróciliśmy do Salerno. Imieniny się udały!

 
Człowiek człowiekowi…

Od Agnieszki otrzymaliśmy zdecydowany zakaz wypożyczania samochodu i całe szczęście, że w tym przypadku jej posłuchaliśmy. Poruszanie się samochodem pomiędzy uroczymi miasteczkami wybrzeża to istny obłęd, a próba zaparkowania graniczy z cudem i z całą pewnością odbiera wiele radości z pobytu w tym cudownym miejscu. Patrząc na to, co dzieje się w kwietniu, nie byliśmy w stanie wyobrazić sobie  tego, co wyprawia się tu w sierpniu! Trzydniowy bilet turystyczny pozwolił nam na swobodne poruszanie się autobusem po całej okolicy, nie traciliśmy czasu i nerwów, a przede wszystkim mogliśmy spokojnie podziwiać widoki.
Na tej malowniczej, ale niesłychanie ciasnej i zatłoczonej drodze niestety często zdarzają się wypadki i korki. Wracając z Positano do Amalfi mieliśmy znaczne opóźnienie wynikające z zatarasowania drogi przez ciężarówkę. Nerwowo obmyślaliśmy plan, jak dostaniemy się dalej do Salerno, bo na ostatni autobus nie było już szans.
Gdybym uważniej słuchała opowieści Agnieszki, nie denerwowałabym się jednak wcale, albowiem oczywistym było, że autobus do Salerno będzie na nas czekał. Wiele razy w tym kraju byłam zaskoczona tym niesłychanym otwarciem na ludzi. Autobus w Rzymie czekał na ostatni pociąg z Neapolu opóźniony prawie godzinę. Wodny tramwaj w Wenecji, czekał na ostatni rejs z Canale Grande, żeby zabrać spóźnialskich na stały ląd. Tu, w Amalfi, nie mogło być inaczej!  Autobus czekał i o dziwo nikt się nie denerwował. Oczywiście zabrał wszystkich, a z  tej radości, atmosfera w autobusie szybko zrobiła się bardzo przyjacielska. Tym bardziej, że siedząca z przodu sympatyczna Włoszka, miała potrzebę podzielenia się ze wszystkimi swoim doskonałym przepisem na lazanię!

Nie będę opisywała tu uroków Amalfi, Positano, Ravello, Sorrento i wielu maleńkich miasteczek, które odwiedziliśmy, bo można o nich przeczytać tony świetnych tekstów. Powiem tylko, że są to  miejsca, które tak samo, a może i bardziej zachwycają podczas każdej kolejnej wizyty.

 
POMPEJE

Wczesnym, niedzielnym rankiem, dziarsko ruszyliśmy w kierunku dworca kolejowego. Oczywiście pieszo, bo w niedzielę autobusy jeżdżą rzadko, a nam zależało, aby jak najwięcej czasu mieć na przeżywanie Pompejów.  
Bilety kupione, rozkład sprawdzony, peron pierwszy, czekamy.
Trochę nas zdziwiło, że czekamy sami, ale w końcu ilu może być chętnych na  podróż w niedzielę raniutko do Pompejów? Pociąg nie przyjeżdżał, czas mijał, robiło się nerwowo. Zdecydowaliśmy się zaciągnąć języka u przechodzącego kolejarza.

No kurczę skąd, no skąd mieliśmy wiedzieć, że jeden peron może mieć 4 tory!  Staliśmy sobie naiwnie na peronie pierwszym, który jak wiadomo ma jeden tor, bo z drugiej strony ma budynek stacji. Tymczasem, w Salerno, za budynkiem dworca ukryte są kolejne 3 tory peronu pierwszego i jak na złość właśnie tam zaczynają swój bieg pociągi w kierunku północnym, czyli do Neapolu i Pompejów.

No cóż, to prawda, że głupio byłoby robić peron „0”.  Ze śmiechu to nawet nie mieliśmy siły się zdenerwować. Jako że była to niedziela, a większość kursów miała radosną adnotację „ tylko w dni robocze” , niestety przyszło nam czekać na kolejny pociąg ponad 2 godziny.
Nasze wstawanie o świcie i półgodzinny marsz na dworzec okazały się zupełnie zbytecznym wysiłkiem.

 

Za bramą wejściową do starożytnych Pompejów, najpierw musieliśmy odczekać w gigantycznym wężu z turystów oczekujących do kasy biletowej.  Wreszcie wyruszyliśmy na uliczki miasta pełnego śladów tragicznej przeszłości. Mimo prowadzonych od ponad 200 lat lat prac odkrywkowych, duża część miasta nadal nie jest odkopana i pozostaje ukryta pod kilkumetrową warstwą popiołu, żużlu i ziemi. Chociaż wiele obiektów jest tylko rekonstrukcją, spacer po mieście zrobił na mnie ogromne wrażenie. Górujący nad miastem Wezuwiusz  i moja bujna wyobraźnia robiły swoje.

Pełni wrażeń, wieczorową porą wracaliśmy na dworzec.
Kasa biletowa czynna do godziny 17.
La macchina automatica non funziona ( automat biletowy nieczynny)
Nie mamy coś dziś szczęścia do stazioni.
W rozpaczy udałam się do małego baru w budynku dworca, w nadziei otrzymania pomocy. Nie, nie, to nie tak, jak myślicie. Mówiąc pomoc, miałam na myśli raczej informację, co mamy zrobić dalej. Choć pewnie kieliszeczek grappy byłby również pomocny.
Przystojny barman, którego oczy mówiły – słuchaj, nie znam angielskiego i nie wiem o co pytasz kobieto, ale zakładam, że o to samo, co te 20 osób przed tobą – powolnym ruchem wyciągnął spod lady bloczek z biletami.
Językiem „migowym” spytał : jeden, dwa bilety?
Due per Salerno per favore – zabłysnęłam.
Potem zastanawialiśmy się, czy to tak urzędowo, czy po prostu kasjerka, w niedzielę poszła sobie wcześniej do domu. Tak czy siak wszystko frontem do klienta!

 

Fine dell’avventura – koniec przygody

Ze smutkiem żegnaliśmy się z Roberto i z Salerno. Przed nami podróż pociągiem do Rzymu , ale na pocieszenie pobuszujemy sobie jeszcze kilka godzin po wiecznym mieście. W Neapolu dosiadły się do nas dwie starsze panie. Panie od razu zajęły się szczebiotaniem . Widocznie jednak tematy się wyczerpały, a że my też rozmawialiśmy miedzy sobą, w pewnym momencie panie wyraźnie się nami zainteresowały. Swoje buzie  ubrały w dość sztuczne uśmiechy, ale jasne było, że ich głowy zajęte  są  kombinowaniem.  Nie trudno było się domyślić, że panie zastanawiają się skąd jesteśmy. Padały nazwy chyba wszystkich państw bloku wschodniego, w końcu wyraźnie wykreowały się opcje Ukrainy i Litwy. Kobiety były miłe, co mają się męczyć , pomyślałam. Na koniec podróży sprężyłam się więc i wypaliłam: non sono ukraina, non sono  lituana, sono polacca! 
Moja „włoszczyzna” na pewno nie była perfekcyjna, ale panie zamurowało. Pospiesznie pożegnały się i oddaliły, z lekka wypłoszone. Ciekawe co sobie o nas opowiadały wcześniej?

Rzym niestety powitał nas nieziemską ulewą. Nie pozostawało nam nic innego, jak udać się prosto na lotnisko kolejką o wdzięcznej nazwie Leonardo Express. Pokonaliśmy dzielnie szpalery sprzedawców parasoli ( swoją drogą to niesłychane, skąd oni mają naraz tyle parasoli) i ….zdaliśmy sobie nagle sprawę, że przygoda się kończy.

Arrivederci Roma! Arrivederci Roberto! Grazie per tutto!