MYKONOS – wcale nie tak drogo jak mówią, wcale nie tak snobistycznie jak mówią, wcale nie tak wietrznie jak mówią, ale tak pięknie jak mówią.

 

A wy znowu do Grecji? Znowu? Nie byliśmy już z pół roku!
We wrześniu 2017 zabraliśmy więc zahartowanych w podróżach z nami parę przyjaciół Marzenkę i Janka i wyruszyliśmy na Mykonos.
Jako “łowcy okazji”, super połączenie z przesiadką w Atenach zaklepaliśmy już w kwietniu.
Naczytaliśmy się, nie powiem i przyznam byliśmy w rozterce, najdroższa i najbardziej snobistyczna grecka wyspa stawiała pewne warunki. To oczywiście taki żarcik, bez marynarki się obyło, ale kapelusze i (aż) dwie sukienki tym razem były spakowane.  Wyjątkowo postawiliśmy na wypoczynek, choć oczywiście objechaliśmy cała wyspę, co biorąc pod uwagę jej wielkość nie jest wcale trudne i właściwie zajęło nam jeden dzień. Byliśmy też na położonej w pobliżu wyspie Delos, aby liznąć trochę historii i antycznego nastroju. Wybraliśmy przyjemne mieszkanko położone przy samej plaży. Wojtek korzystał ze wspaniałego morza już o świcie, ja dołączałam w godzinach popołudniowych. Plaża Kalafatis o tej porze roku nie była zatłoczona. Oferowała piękne widoki i dobre warunki do nurkowania. Codzienny relaks wśród skał i kolorowych rybek, o właśnie tego było nam potrzeba.

Ostatnio tak się składa, że nasze wrześniowe święto zawsze spędzamy w jakimś fajnym miejscu.  Aby podtrzymać tradycję, 38 rocznicę ślubu spędziliśmy na słynnej plaży Paradise Beach. Nie będę tego opisywała, muszą wystarczyć wam fotki 😊 Chodziły słuchy, że dla nas w tym dniu wystąpił The King of Mykonos, ja tam nie wiem, ale plakat dostaliśmy ! No i mam zdjęcie na ściance!

W mieście Mykonos odnaleźliśmy nasz ulubiony cykladzki świat, w którym zakochaliśmy się bez pamięci w czasie pobytów na Santorini, Naxos, Paros. Każdy wieczór spędzaliśmy wśród białych domków, na ciasnych, brukowanych uliczkach. Mykonos to piękno, nastrój i styl. Wszyscy znają naszą słabość do Grecji a przede wszystkim greckich wysp. Pobyt tam, zawsze nas zachwyca i relaksuje. Tylko tam potrafimy się wyciszyć, w jakiś zadziwiający sposób natychmiast udziela nam się to błogie nicnierobienie, nostalgia, rozmarzenie. Dni mijają powoli, pomiędzy Kalimera a Kalinichta, wszystko jest kala ( a nawet trikala – wtajemniczeni wiedzą). Szkoda tylko, ze mimo prób, nigdy jeszcze nie udało nam się najeść pita gyros na cały rok z góry. Ale to nic, musimy po prostu częściej jeździć do Grecji!

 

Xairetismata se olous sas! Filakia!