W PODRÓŻ BEZ ZEGARKA I KROKOMIERZA 20.09.2019

Podróżować to żyć!

Żyję już 60 lat, podróżuję pewnie ponad 50, ale tak naprawdę, świadomie to może ze 40.
Zmienił się świat, zmieniłam się ja, moje potrzeby, oczekiwania. I tak naprawdę to cały czas uczę się tego świata, dostosowuję się do nowych sytuacji, korzystam z nowych możliwości.
Nie mogę jednak nie zauważyć, że mój sposób na udaną i praktyczną podróż różni się nieco od sposobu preferowanego dziś przez młodych ludzi. Z przykrością dla nich, stwierdzam jednak, że nie żałuję. Oczywiście podkupuję chętnie dobre pomysły, ale w pewnych sprawach pozostaję nieugięta.

BAGAŻ

Ostatnio na przykład nauczyłam się podróżować z bagażem wielkości średniej torebki, a mojemu pokoleniu nie przychodzi to łatwo. Pierwszy raz był trudny. Następnym razem udało się już spakować perfekcyjnie wszystko, co było potrzebne. Ostatnio, nie uwierzycie, ale nie skorzystałam już z kilku zabranych rzeczy, okazały się zbędne.  Wszyscy wiedzą, ze jestem raczej wygodna i staram się wyglądać i czuć dobrze. Nie, nie lekceważę odpowiedniego sprzętu i ubrania, tam, gdzie jest to konieczne. Nie zdobywam świata w japonkach, nauczyłam się tylko odpowiedniej selekcji. 

Dziś w większości hoteli i pensjonatów są już podstawowe kosmetyki, odpada więc branie butelek mydła i szamponu. Nie zabieramy zapasów jedzenia, bo uwielbiamy wszędzie jeść regionalnie, a kwestia opłacalności też się rozwiązała, bo w większości miejsc  podstawowe artykuły spożywcze są tańsze lub kosztują podobnie jak w Polsce. W drodze ewolucji podróżniczej pozbyłam się wielu rzeczy. Dziś, kiedy większość informacji można już mieć w telefonie ( głównie Wojtka telefonie) nie zabieram książkowych przewodników, wydrukowanych biletów, rezerwacji. Karta kredytowa zastępuje wypchane  portmonetki.

Nigdy nie biorę w podróż laptopa bo nie po to jadę na urlop, aby pracować.  Oczywiście, można jechać w świat w celach zawodowych, są przecież reporterzy, blogerzy, przewodnicy. Ale to skomplikowane i według mnie trochę przykre, kiedy urlop staje się pracą. Takie połączenie nie do końca mi pasuje.

Kocham książki, ale najbardziej kiedy rozsiadam się w swoim fotelu, okrywam nóżki własnoręcznie wydzierganym kocykiem i  zatapiam się w lekturze z kubkiem gorącej, aromatycznej kawy w ręku ( najlepiej kawy zaparzonej przez mojego męża). Książek w podróż też więc nie biorę. Nie lubię izolować się od świata. W podróży liczą się ludzie, rozmowy, emocje. Kiedy jestem na odludziu, chłonę ciszę, widoki, albo odgłosy przyrody. Na lotnisku nigdy się nie nudzę. Uwielbiam przyglądać się ludziom. Tyle historii, tyle różnych emocji! Dokąd, skąd, powitania, pożegnania, radości, kłótnie. Przyznaję, jestem takim „podglądaczem”.

Na urlopie, mój dzień wyznaczają wschody i zachody słońca, nigdy się nie spieszę, nawet jeśli wyprawa ma ściśle opracowany plan jak w Islandii, nigdy nie stronię od modyfikacji planu. Jeśli coś mnie zauroczy,  pozostajemy tam na dłużej po prostu. Jestem pewna, że oboje z Wojtkiem, po tylu latach życia razem i tylu podróżach mamy w sobie jakiś niewidoczny, biologiczny zegar, jakieś niesłychane pokłady intuicji , które pozwalają nam trafić zawsze i wszędzie tam gdzie chcemy i kiedy chcemy.

Z resztą zawsze można zapytać , przecież tylu ludzi dookoła. A jak nie ma ludzi? To jest mapa. Od zawsze w każdej mojej podróży posługuję się mapą papierową, nanoszę na nią wszystkie istotne dodatkowe informacje, składam na sto i jeden sposobów, przez co wydawać by się mogło, że żywot moich map jest dość krótki. Ale tak nie jest! Te stare, pogięte, popękane, pomazane mapy przechowywane są w moim sekretnym pudle jak relikwie. Bo przecież w czasie moich podróży każda z tych map była moim oddanym przyjacielem! Należy im się szacunek, nigdy mnie nie zawiodły i były świadkami moich przygód. Noszą na sobie ślady wielu wydarzeń: plamy kawy rozlanej na Majorce, ślady tłuszczu z włoskiej pancetty, zaschnięte błoto z deszczowej Sardynii. Jest w nich zapach tureckich przypraw, sól z afrykańskich słonych jezior, a nawet krew z kolana obtartego na Islandii. Jednym słowem kawał mojego życia. Nie lubię map elektronicznych, bo nie mają duszy.

ZDJĘCIA

W czasie naszych wyjazdów, co oczywiste, staramy się utrwalić nasze wrażenia za pomocą tak zwanej, szeroko pojętej fotografii. Nie powiem, odbyliśmy z Wojtkiem kilka mniej i bardziej emocjonalnych rozmów na temat sprzętu fotograficznego.  Każdy lubi i chciałby mieć ładne zdjęcia z podróży. Chociaż znam kilka osób, które w ogóle nie robią zdjęć i też są szczęśliwe ze swoich wojaży. Bo tak naprawdę kto z nas nie widział turystów skaczących ze swoim często luksusowym wyposażeniem, poszukujących miejsc do zrobienia niesłychanych ujęć. I daj boże jak uda im się to ujęcie znaleźć, bo często jest to dla nich jedyna okazja, aby zobaczyć gdzie się było.

Kasiu, bardziej w prawo!
Jadziu, uśmiechnij się, nie stawaj bokiem!
Edziu, zdejmij te okulary!
Jasiu, załóż okulary!
Zaraz, włosy, popraw włosy!
W lewo, nie w prawo, jeszcze troszkę, wyprostuj się!
O słońce zaszło.

Wymagania duże, ale żywot takich zdjęć jest krótki. Trochę pobrylują na facebooku, czasem dostaną zaszczytne miejsce na tapecie smartfona lub tableta, rzadziej już pokazuje się znajomym i rodzinie. Kto bowiem ma dziś czas i ochotę na oglądanie cudzych zdjęć.  Istnieje wiele programów do obróbki zdjęć, często są wykorzystywane bezkrytycznie,  co powoduje, że niektóre dzieła oglądane potem w necie budzą żałość. Zawsze zadaję sobie pytanie: dlaczego człowiek musi poprawiać rzeczywistość?  Natura jest tak piękna, tak niesamowita, potrafi nas zaskoczyć, trzeba tylko umieć ją dostrzec. Dlatego właśnie przekonuję mojego Wojtka (chyba skutecznie) – rozejrzyj się, złap chwilę, emocje, dojrzyj przekaz.  Prawdziwe piękno nie zawsze jest bezbłędne.  To są moje ulubione zdjęcia, nawet jeśli wiatr rozwieje włosy, słońce oślepi, na twarzy pojawi się grymas spowodowany wysiłkiem, albo szeroki uśmiech spowodowany uszczęśliwieniem.

Nie lubię pozować, ustawiać się do zdjęć, lubię zdjęcia „w akcji” , „przyłapane”, zatrzymane ulotne chwile.  Treść, to treść jest najważniejsza. Nie mówię, że jakość nie ma znaczenia. Jednak nawet najwyższej klasy sprzęt nie da rady , kiedy brak tak zwanego oka i nastroju chwili.

Są takie miejsca, w których właściwie każde zdjęcie to widokóweczka, ale sztuką jest zrobić dobre zdjęcie tam, gdzie pozornie niczego nie ma. Dla wielu, niczego godnego uwagi. Z resztą zdjęcia mogą być piękne, ale mało ważne. Mamy też takie, które technicznie nie są idealne, ale dla nas najważniejsze. Znacie to? Zatrzymać jakąś chwilę niesłychaną, raz nam daną…..

Poniżej zdjęcia z cyklu “a co tu jest?”. Dla nas bezcenne, pełne wspomnień i emocji.

Kiedyś poproszenie obcej osoby o zrobienie zdjęcia, niestety wiązało się z dużym ryzykiem. Ludzie nie potrafili robić dobrych zdjęć.  Mam kilka takich, w tym moje „ulubione” , na którym nie ma co prawda Katedry Notre Dame, ale za to my jesteśmy w pełnej okazałości. Uważam, że dziś jest już inaczej, Często korzystamy z pomocy napotkanych osób i wierzcie mi mamy wiele naprawdę świetnych ujęć . Czasami są to jedyne nasze wspólne zdjęcia, bowiem chociaż wozimy ze sobą statyw i kijek na bluetooth’a to nie przepadamy za selfie. Dziś wiele osób, o dziwo wcale nie najmłodszych, doskonale rozumie, o co nam chodzi i potrafi zrobić naprawdę fajne ujęcie. Szczególnie wtedy, kiedy powiemy na czym nam zależy. Zobaczcie nasze selfie i zdjęcia zrobione nam przez inne osoby.

 

SPRZĘT

Zegarek? Nie mam. Serio , nie mam. Pozbyłam się wiele lat temu. Wojtek ma zegarek przywieziony z jednej z podróży.  Jest piękny, granatowy …..i to jego największy atut.

„Im bardziej dojrzewamy, tym bardziej mądrzejemy i stopniowo zaczynamy rozumieć, że zegarek, który kosztuje 30 dolarów i zegarek który kosztuje 300 dolarów, pokazują ten sam czas.” 

Uwielbiam tą myśl. Podobno Steev’a Jobs’a

Wiem, wiem że dziś niektórzy nie potrafią żyć bez prawdziwej maszyny – zegarek już nie wystarcza. Pomiar odległości, kroków, pulsu, i co tam jeszcze. Mój tato mawiał kiedyś ironicznie: krawaty wiąże i przerywa ciążę.
No cóż, powiedzcie mi jakie znaczenie ma dla mnie ile kroków wykonam podczas spaceru po oszałamiającej Monemvasii? Czy na prawdę uważacie, że kiedy jestem szczęśliwa pokonując górskie szczyty, dzikie plaże, pustynne wydmy, interesuje mnie ile zrobiłam kroków? Światowa Organizacja Zdrowia zaleca ponoć dziennie 10 tys kroków. Jak przelicza kroki wykonane w ciemnym od smogu Krakowie, do kroków brzegiem morza na Peloponezie? Wie ktoś może?

Pomiar odległości? Przecież każdy z naszych znajomych wie, że dla nas urlop bez wykonania kilku tysięcy kilometrów jest urlopem straconym, ale jakie to ma znaczenie? Wiem, gdzie chcę dojechać i tam podążam. Bez znaczenia czy przede mną jest  500 czy 578,34 kilometra.
Na urlopie zegarek nie musi mnie budzić ani swoim dzwonkiem, ani metalicznym „good morning!”. Budzi mnie szum morza, zapach kawy,  a do ucha Wojtek szepcze mi swoje „dzień dobry, kochanie”.

Podobno są wspaniałe aplikacje gromadzące wiadomości o jakości snu, pracy serca i tym podobnych. Ludzie! Czy wy poszaleliście? Po dniach pełnych wrażeń zasypiam jak dziecko i jakość mojego snu z całą pewnością jest najwyższa. Budzę się wypoczęta, razem ze słonkiem.  Ciśnienie? Sama wiem kiedy mi skacze po greckim winku, albo wtedy, kiedy Wojtek pod pozorem spytania o drogę kokietuje młode, miejscowe brunetki. Nic nie obniża tak ciśnienia jak kąpiel w ciepłym morzu, dobra kolacja z ludźmi, których uwielbiam, spacer z czworonożną istotką. Sprawdziłam, że na mnie  dobrze działa też szum wodospadu na Islandii i czekoladowy tort w Port Valdemossa.

 

Codziennie, podczas spacerów z Gustawem ( sznaucerem olbrzymem, żeby nie było) mijam ludzi, którzy postanowili żyć czynnie i biegać. Wspaniale. Ale czy naprawdę biegali by inaczej bez tych urządzeń oplatających ich ręce, nogi, szyje. Czy ich bieg nie byłby wartościowszy, gdyby zamiast pulsu w słuchawkach słuchali otaczającej przyrody.  Słyszałam kiedyś w lesie rozmowę dwóch biegaczy, na temat najnowszej generacji …skarpet w cenie 5 tys zł. Obłęd. Ciekawe, czy zauważyli, że las przystroił się w złoto i purpurę, że wiewiórki szykują zapasy, a drzewa rzucają dłuższe cienie.

Moje chłopaki

 

Nie, ja nie kpię z dobrego sprzętu, nowinek technicznych. Wiem, co znaczy dobre przygotowanie, wygoda i bezpieczeństwo podczas wypraw. Żal mi jednak, że tyle ludzi zapomina, że to przede wszystkim my decydujemy o jakości naszego życia, o naszym stanie emocjonalnym, o naszym zdrowiu,  a nie skarpety, zegarki, krokomierze, pulsomierze, ciśnieniomierze, i inne -mierze jeszcze.
Dziś człowiek umie korzystać z tysiąca urządzeń i aplikacji a nie potrafi odczytać setek, milionów danych,  które nasz organizm przesyła nam w każdej minucie naszego życia. Zaprawdę nauczcie się odczytywać te sygnały. Organizm powie wam co jest dla niego dobre, co nie. Kiedy kończą się zasoby energii i trzeba naładować baterie. Nie te w zegarku, tylko te w sobie. Słońcem, powietrzem, radością, miłością. A urlop, ciekawa wyprawa, czy nie temu właśnie ma służyć? 

Namawiam was gorąco, wyruszajcie w podróż, bez zegarka i  bez laptopa. Jeśli zapomnicie cyknąć fotkę to trudno. Ja byłam w wielu miejscach, gdzie z różnych powodów nie mogłam zrobić zdjęć. Nie było wolno – jak kiedyś w islamskim kraju, albo gdy aparat odmówił posłuszeństwa z powodu temperatury czy burzy piaskowej w sercu Sahary. Czy moje pobyty tam, przeżycia, są przez to mniej wartościowe? Ależ skąd! Wszystkie tamte cuda, tamte obrazy,  zostały ze mną na zawsze, wzbogaciły mnie, nauczyły pokory i wdzięczności, że byłam częścią niesamowitych czasem spektaklów.  A może właśnie dlatego, że są tylko we mnie, są jeszcze bardziej ważne? 

Bo dla mnie wszystkie chwile, wspaniałe widoki, napotkani ludzie, nowe przyjaźnie są ważniejsze niż zdjęcia, ważniejsze niż wskazania krokomierzy. Nie ważne czy zrobicie 10 tysięcy kroków, czy przepłyniecie 10 basenów, czy pobijecie rekord w kilometrach na rowerze. Ważne, że doświadczycie czegoś nowego. I najlepiej ze wspaniałym towarzyszem podróży. Nie dajcie sobie wmówić, że podróże z super sprzętem,  wynajętym przewodnikiem są lepsze, wartościowsze. Każdy z nas odkrywa swój mały świat, bije swoje małe rekordy, najważniejsze, aby umieć się nimi cieszyć. Nawet jeśli  setki osób było gdzieś przede mną, nawet jeśli te setki osób wykonało setki lepszych zdjęć, ja zawsze czuję się odkrywcą, zawsze czuję tą samą emocję i tą samą radość poznawania. Bez zegarka i bez krokomierza. I tego Wam z całego serca życzę.

 

                                                                                                                                                                                                                                                                       

W podróż bez zegarka i krokomierza